Dzisiejsza Niedziela Chrztu Pańskiego zamyka okres Bożego Narodzenia, ale jednocześnie otwiera coś nowego. Jezus, który dotąd był ukryty w Nazarecie, dziś wychodzi na publiczną scenę. I robi to w sposób zaskakujący – nie przez cud, nie przez płomienne kazanie, lecz… stając w kolejce grzeszników nad Jordanem.
Bóg, który nie krzyczy, ale działa cicho
Pierwsze czytanie z proroka Izajasza przedstawia nam tajemniczą postać Sługi Pana:
„Nie będzie wołał ni podnosił głosu… Nie złamie trzciny nadłamanej, nie zgasi knotka o nikłym płomyku”.
To jest niezwykły portret Boga. Nie Boga krzyczącego, nie Boga grożącego palcem, ale Boga, który działa delikatnie, cierpliwie, z szacunkiem do ludzkiej słabości.
Trzcina nadłamana – to człowiek poraniony.
Knotek tlejący – to wiara na ostatniej iskierce.
A jednak właśnie takich Jezus nie omija, lecz przy nich się zatrzymuje. I właśnie takiego Mesjasza Ojciec pokazuje nam nad Jordanem.
Chrzest Jezusa – solidarność z nami
Ewangelia św. Mateusza mówi jasno: Jan Chrzciciel jest zdezorientowany.
„To ja potrzebuję chrztu od Ciebie!” – i ma rację. Jezus nie ma grzechów, nie potrzebuje nawrócenia. A jednak wchodzi do Jordanu.
Dlaczego?
Bo Jezus nie zbawia nas z dystansu.
Nie stoi na brzegu, nie udziela instrukcji z góry.
On wchodzi w naszą wodę, w naszą historię, w nasze życie.
Chrzest Jezusa to znak, że Bóg nie wstydzi się człowieka. Nie boi się naszych słabości, naszej ciemności, naszych pogmatwanych historii. Jezus staje tam, gdzie my często stoimy – w miejscu, gdzie potrzeba oczyszczenia, nowego początku, nadziei.
Otwarte niebo i głos Ojca
Gdy Jezus wychodzi z wody, dzieje się coś niezwykłego:
– otwierają się niebiosa,
– Duch Święty zstępuje jak gołębica,
– rozlega się głos Ojca:
„Ten jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie”.
To objawienie Trójcy Świętej, ale także objawienie tożsamości Jezusa. Ojciec mówi: To jest Mój Syn. Nie dlatego, co Jezus zrobił – jeszcze nie uzdrowił, nie nauczał, nie umarł na krzyżu – ale dlatego, kim jest.
I to jest dobra nowina także dla nas.
„Ty jesteś mój umiłowany” – o naszym chrzcie
W drugim czytaniu św. Piotr mówi, że Bóg „nie ma względu na osoby”.
To znaczy: to, co wydarzyło się nad Jordanem, nie było tylko dla Jezusa.
W chwili naszego chrztu to samo niebo się otworzyło.
Może nie było gołębicy ani głosu z nieba, ale Bóg powiedział to samo:
„Jesteś moim dzieckiem. Mam w tobie upodobanie”.
Chrzest to nie jest wpis do księgi parafialnej ani pamiątkowe zdjęcie. To moment, w którym Bóg mówi do człowieka: „Jesteś mój”. Nawet jeśli dziś wiara jest słaba. Nawet jeśli życie się komplikuje. Nawet jeśli czujemy się bardziej „nadłamani” niż silni.
Chrzest to misja
Izajasz mówi jeszcze jedno: Sługa Pana ma być
„światłością dla narodów, aby otworzyć oczy niewidomym”.
Chrzest to nie tylko dar, ale i zadanie. Ochrzczeni nie są po to, by tylko „być w Kościele”, lecz by nieść światło tam, gdzie jest ciemno:
– przez dobre słowo,
– przez przebaczenie,
– przez uczciwość,
– przez cichą wierność.
Jak mówi św. Piotr: Jezus „przeszedł, dobrze czyniąc”. Może to jest najprostsza definicja chrześcijaństwa.
Bracia i Siostry,
dzisiejsza Niedziela Chrztu Pańskiego zaprasza nas, byśmy wrócili do źródła – do Jordanu naszego życia. Do chwili, gdy Bóg nazwał nas swoimi dziećmi.
Prośmy dziś, abyśmy nie zapomnieli, kim jesteśmy:
ochrzczeni, umiłowani, posłani.
I abyśmy – na wzór Jezusa – nie bali się wejść w świat taki, jaki jest, niosąc mu pokój, o którym śpiewa psalm:
„Pan ześle pokój swojemu ludowi”.