SZKOŁA MODLITWY

SZKOŁA MODLITWY

XVII Niedziela zwykła     

28 lipca 2019 roku

I CZYTANIE: Rdz 18, 20-32. II CZYTANIE: Kol 2, 12-14. EWANGELIA: Łk 11, 1-13.

Jezus, przebywając w jakimś miejscu, modlił się, a kiedy skończył, rzekł jeden z uczniów do Niego: "Panie, naucz nas modlić się, tak jak i Jan nauczył swoich uczniów". A On rzekł do nich: "Kiedy będziecie się modlić, mówcie: Ojcze, niech się święci Twoje imię; niech przyjdzie Twoje królestwo! Naszego chleba powszedniego dawaj nam na każdy dzień i przebacz nam nasze grzechy, bo i my przebaczamy każdemu, kto przeciw nam zawini; i nie dopuść, byśmy ulegli pokusie". Dalej mówił do nich: "Ktoś z was, mając przyjaciela, pójdzie do niego o północy i powie mu: „Przyjacielu, pożycz mi trzy chleby, bo mój przyjaciel przybył do mnie z drogi, a nie mam co mu podać”. Lecz tamten odpowie z wewnątrz: „Nie naprzykrzaj mi się! Drzwi są już zamknięte i moje dzieci są ze mną w łóżku. Nie mogę wstać i dać tobie”. Powiadam wam: Chociażby nie wstał i nie dał z tego powodu, że jest jego przyjacielem, to z powodu jego natręctwa wstanie i da mu, ile potrzebuje. I Ja wam powiadam: Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a zostanie wam otworzone. Każdy bowiem, kto prosi, otrzymuje; kto szuka, znajduje; a kołaczącemu zostanie otworzone. Jeżeli któregoś z was, ojców, syn poprosi o chleb, czy poda mu kamień? Albo o rybę, czy zamiast ryby poda mu węża? Lub też gdy prosi o jajko, czy poda mu skorpiona? Jeśli więc wy, choć źli jesteście, umiecie dawać dobre dary swoim dzieciom, to o ileż bardziej Ojciec z nieba udzieli Ducha Świętego tym, którzy Go proszą".

W kręgach brytyjskiej arystokracji i „londyńskiej elity” wciąż panuje moda na posyłanie dzieci do „boarding schools” – szkół z internatem. Fundowana już 3-4 letnim chłopcom edukacja daleko od domu, daleko od rodziny, choć zapewnia im imponujący start w dorosłe życie, to jednak czyni ich emocjonalnymi zombie. Nick Duffell – psycholog i psychoterapeuta, specjalista od terapii absolwentów „boarding schools”, w książce „Komu bije Big Ben” opowiada, jak kiedyś zgłosił się do niego człowiek, którego rodzice posłali do szkoły z internatem, gdy miał cztery lata. Już jako dorosły mężczyzna zaprosił rodziców na garden party. I okazało się, że przez te wszystkie lata był tak bardzo od nich odseparowany, że gdy zjawili się w jego ogrodzie, po prostu nie poznał własnego ojca…

Myślę, że w życiu duchowym czasem również fundujemy sobie taką „boarding school”. W relacji do Boga, zamiast stawać się coraz bardziej świadomymi Jego dziećmi, przyjmujemy postawę uległych i zdyscyplinowanych uczniów ze spuszczoną głową, unikających kłopotów perfekcjonistów, skrupulatnie przestrzegających wszystkich zasad religijnych profesjonalistów. W takiej postawie nie ma miejsca na pełne życia spotkanie z Bogiem. Jest za to czysty formalizm polegający na „odmawianiu paciorka”, „zadość czynieniu niedzielnej Mszy św.” i przestrzeganiu przykazań. Nie twierdzę, że to jest złe. Oto też trzeba dbać, ale o znacznie więcej należy się troszczyć. Skutkiem takiego życia w duchowej „boarding school” może być nierozpoznanie Boga – Ojca, gdy na końcu życia przyjdzie na nasze „garden party”.

Jezus na prośbę uczniów objawił najważniejsze słowo modlitwy chrześcijanina: „Ojcze”. Modlitwa w swej istocie nie jest recytowaniem wyuczonych formułek. Jest szczerą do bólu, pełną emocji i zaangażowania rozmową z Ojcem. Dobrze ilustruje to pierwsze czytanie i rozmowa, a w zasadzie dosyć zuchwałe targowanie się Abrahama z Bogiem. Zwracając się do Boga „Ojcze”, uświadamiamy sobie, że istniejemy tylko dlatego, że istnieje On. Bez Niego nie ma nas. Wszystko istnieje dlatego, że jest Ojciec. A skoro Bóg jest Ojcem, to wszystko, co istnieje, jest dobre. Warto o tym pamiętać, gdy przyjdzie nam ochota ponarzekać na „zepsuty świat”.

Jezus porównuje naszą relację do Boga do sytuacji, w której dziecko poprosi o chleb. Czy jakikolwiek normalny ojciec poda wówczas swemu dziecku kamień? Jeżeli Bóg jest Ojcem, to znaczy, że wszystko, co otrzymujemy, ma jakiś sens. Nawet wtedy, kiedy prosimy o jedno, a otrzymujemy drugie, dzieje się tak nie dlatego, że Ojciec robi nam na złość, lecz dlatego, że widzi dalej, jest mądrzejszy, patrzy szerzej i chce nas doprowadzić do dojrzałości, do naszego ostatecznego dobra.

Progres w życiu duchowym polega m.in. na tym, by coraz bardziej uświadamiać sobie i doświadczać, że Bóg jest Ojcem. Nie stanie się tak na skutek powtarzania utartych pobożnych formułek. Potrzeba szczerej rozmowy z Bogiem, rozmowy także w oparciu o rozważanie i medytację Bożego słowa. Nasze życie jest tyle warte, ile warta jest nasza modlitwa. Jednocześnie nasza modlitwa jest nic nie warta, jeśli nie ma w niej troski o człowieka. Dlatego autentyczna modlitwa nigdy nie może separować nas od Boga, ale też od drugiego człowieka. Człowiek prowadzący autentyczne życie duchowe nie jest pozbawionym emocji, dobrze wyedukowany, zimnym i ambitnym, spiętym i niepozwalającym sobie na najmniejszy błąd absolwentem „boarding school”. Człowiek duchowy ma świadomość, że jest dzieckiem Boga. A Bóg – Ojciec jest cierpliwy, pozostawia dziecku wolność, pozwala popełniać błędy i uczyć się na nich.

Nasza witryna używa plików cookies. Dowiedz się więcej:Polityka prywatności