Zasiew Zmartwychwstania

(Felieton został opublikowany na blogu ks. Andrzeja Draguły w kwietniu 2015 roku – http://laboratorium.wiez.pl/2015/04/04/zasiew-zmartwychwstania/ oraz w „Przewodniku Katolickim”).
W książce pt. „Mémoire et résurrection” Georges Haldas pisze, że fenomen zmartwychwstania nie dotyczy ludzkich mas czy bezimiennego tłumu, ale dotyka poszczególnych ludzi, dlatego nie może być przekazywany inaczej jak tylko poprzez relację od osoby do osoby. Tak było w dzień Zmartwychwstania: najpierw Maria Magdalena, potem kilka kobiet, potem Piotr i Jan, potem dwóch uczniów idących do Emaus, potem Jedenastu i w końcu wszyscy ci, których spotkają na swojej drodze. Nie chodzi tutaj bowiem o przekaz informacji jak każdej innej, ale o objawienie czegoś, co jest tak naprawdę nie do pomyślenia. Nowina o Chrystusie zmartwychwstałym nie rozpowszechnia się na sposób sensacji, ale jako tajemniczy zasiew. Kiedy czytałem te słowa, przypomniałem sobie o mojej tegorocznej rekolekcyjnej wizycie w Londynie. Skąd to skojarzenie?

Polonijna parafia w Wielkiej Brytanii sama w sobie nie jest niczym szczególnym.
W samym Londynie jest ich co najmniej kilkanaście. Ta jednak jest specyficzna. Wspólnota nie ma bowiem własnego kościoła ani też nawet plebanii. W ciągu tygodnia parafia wypożycza dwie kaplice, w których sprawowana jest liturgia, a ksiądz mieszka w wynajętym mieszkaniu, wożąc przy okazji całą mobilną kancelarię w samochodzie. To dość dziwna parafia – taka, którą nawet trudno znaleźć na mapie, gdyby jej szukać, ona się po prostu tu czy tam – jeśli można tak powiedzieć – aktualizuje. Tydzień po mnie w tej samej parafii był Szymon Hołownia. Tak opisywał swoje wrażenia: „[…] kaplica (dawniej chór zakonny), do której przed rozpoczęciem mszy trzeba wtoczyć schowany w zakrystii ołtarz oraz zainstalować tabernakulum, które po wieczornej Mszy znów trzeba będzie zdemontować. Ludzie zjeżdżający się z całego Londynu. Niektórzy z nich mają […] dwie godziny drogi
(a później dwie godziny wracają). Po mszy wspólna pizza (a tym razem pączki). Każdy, jak potrafi, próbuje pomóc: jakieś dzieciaki wraz z mamą, przed wejściem rozdają biuletyny parafialne i śpiewniki, ktoś inny czyta. Jedni pomagają w zakrystii, inni dopytują, czy ksiądz na pewno coś zjadł, inni liczą tacę, po Mszy kto może odwozi innych do domu”.

Kościół masowy nie jest w gruncie rzeczy Kościołem. Jest strukturą społeczną, socjologicznym zjawiskiem, ale nie wspólnotą wiary. Masa to nie to samo co communio, a tłum to nie lud Boży. Wiara jest najpierw osobistym doświadczeniem poszczególnego człowieka, które to doświadczenie o bardziej jest dzielone niż przekazywane. Chciałoby się rzec, że wiara ma naturę wirusa, trzeba się nią „zarazić”, a nie da się tego zrobić inaczej, jak tylko przez wspólne obcowanie ze sobą. „Nie będzie Kościoła, jeśli nie będzie więzi między ludźmi, realnej, a nie symbolicznej, ograniczającej się do przekazania sobie znaku pokoju” – konkluduje Hołownia. I ma rację.

Tą więzią, która tworzy z ludzi wspólnotę, a z przechodniów – parafię jest sam Zmartwychwstały. Henri Nouwen bardzo ciekawie interpretuje sytuację uczniów idących do Emaus w dzień Zmartwychwstania i stamtąd powracających: „Nagle ci dwaj uczniowie, którzy jedli chleb i rozpoznali Go, są znów samotni. Nie jest to jednak ta sama samotność, z którą rozpoczęli swoją wędrówkę. Są sami, ale razem; teraz narodził się między nimi nowy związek. Nie patrzą już w ziemię pod nogami, z pochylonymi twarzami. Teraz patrzą jeden na drugiego […]. Zjednoczenie tworzy wspólnotę. Chrystus żyjący w nich wskazuje im wspólną nową drogę. Duch zmartwychwstałego Chrystusa, […] nie tylko pozwolił im rozpoznać samego Chrystusa, ale również umożliwił im rozpoznanie siebie jako członków nowej wspólnoty wiernych. Zjednoczenie pozwala nam patrzeć na siebie nawzajem i mówić do siebie nie o ostatnich ciekawostkach, ale o Nim, który idzie razem z nami. Odkrywamy siebie jako ludzi należących do tego samego ludu, gdyż każdy z nas należy do Niego”. Zmartwychwstały jest tym, który z dwóch zawiedzionych uczniów idących obok siebie czyni wspólnotę braci, których twarze zwrócone są „do siebie”.

Świadomie nie podałem nazwy tej parafii, bo nie chodzi mi o pochwałę konkretnej wspólnoty. Napisałem o niej, bo miałem w niej to poczucie, o które czasami tak trudno w realiach wciąż masowego jeszcze Kościoła – że sąsiad w ławce jest bratem czy siostrą w zbawieniu. Nie, nie życzę mojemu Kościołowi, żeby był mniej liczny, ale żeby był bardziej wspólnotowy, by ludzie obchodzili siebie nawzajem. Nie da się jednak tego inaczej zrobić, jak zbliżając się do Zmartwychwstałego. Im bliżej Niego, tym bliżej siebie.

Nasza witryna używa plików cookies. Dowiedz się więcej:Polityka prywatności