Refleksje z samolotu. Czyli kogo kocha Pan Bóg?

Refleksje z samolotu. Czyli kogo kocha Pan Bóg?

Człowiek, lecąc samolotem, przynajmniej metaforycznie i obrazowo bliżej jest rzeczywistości zwanej niebem, do której całe życie pielgrzymuje. Może zatem wpatrywać się w bezkresny horyzont i – zważywszy na wysoki stopień ryzyka nagłej śmierci – zastanawiać, kto do nieba pójdzie, kto zostanie w jego przedsionkach, albo – co gorsza – nigdy tam nie trafi. Może też rozmyślać nad swoim życiem i pytać o swoje miejsce po śmierci. Ponieważ ta druga opcja jest trudniejsza, w czasie ostatniego lotu wybrałem tę pierwszą.

Do niniejszej refleksji zmotywował mnie poniższy komentarz, który znalazłem pod jednym z postów: „Tak myślę, że mamy miłować ludzi, ale widzę, że Ty (tzn. Bartek Rajewski) i Kramer (tzn. Grzegorz Kramer) chcecie ich (nas – grzeszników) miłować z całym dobytkiem, nie oddzielając ich od grzechu, ot tak dla przykładu Darskiego z jego bluźnierstwami, czy Marcina L. ze wszystkimi jego ciemnymi stronami. Chyba zostaje nam czekać do Dnia Sądu, żeby się dowiedzieć czy myślimy w zgodzie z tym, co On od nas chciał”.

Czy rzeczywiście musimy czekać aż tak długo? Przecież wyraźnie powiedział nam o swoich oczekiwaniach. Słowa ten nic nie straciły ze swej aktualności: „Gdy Jezus siedział w domu za stołem, przyszło wielu celników i grzeszników i siedzieli wraz z Jezusem i Jego uczniami. Widząc to, faryzeusze mówili do Jego uczniów: Dlaczego wasz Nauczyciel jada wspólnie z celnikami i grzesznikami? On, usłyszawszy to, rzekł: Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają. Idźcie i starajcie się zrozumieć, co znaczy: Chcę raczej miłosierdzia niż ofiary. Bo nie przyszedłem powołać sprawiedliwych, ale grzeszników” (Mt 9,9-13). Słowa te są wciąż aktualne, ale to my albo staliśmy się faryzeuszami, albo przestaliśmy „starać się je zrozumieć”.

„Taka jest misja Kościoła: ma on uzdrawiać i leczyć. Czasem mówiłem o Kościele jako szpitalu polowym. To prawda. Iluż mamy poranionych! Ilu ludzi potrzebuje opatrzenia ran! To jest misją Kościoła: leczenie ran serca, otwieranie drzwi, uwalnianie, głoszenie, że Bóg jest dobry, że wszystko przebacza, że jest czułym Ojcem, że Bóg zawsze na nas czeka…” – powiedział Papież w jednej ze swoich homilii. „Pójście w bok od istoty tego przesłania otwiera niebezpieczeństwo wypaczenia misji Kościoła” – zaznaczył Franciszek (por. Franciszek, Homilia w czasie porannej mszy św. w kaplicy Domu Św. Marty, 5.02.2015 r.).

Misją Kościoła jest wychodzenie do grzeszników. Z miłością, jak wychodził do nich Jezus. Kramer mylić się może. Rajewskie tym bardziej. Czy Papież także? A może to Jezus się pomylił? O co więc chodzi?

Przede wszystkim taka misja Kościoła w wielu budzi lęk, ponieważ uważają ją za relatywizację i rozmydlanie chrześcijaństwa (Jezus zatem jako pierwszy był relatywistą). Jest to jednak pogląd nieprawdziwy. Ani ja, ani – jak mniemam – Ojciec Kramer i inni nam podobni nie reklamujemy chrześcijaństwa „taniego”. Stwierdzenie, że „Bóg kocha i wszystko przebacza…” ma zachęcić człowieka nie do grzeszenia, ale do udzielenia Bogu odpowiedzi pełnej miłości. Dopiero wtedy, kiedy naprawdę uwierzymy, że Bóg nas kocha i doświadczymy tej cudownej, bezwarunkowej, chwytającej za serce litościwej, a więc miłosiernej miłości, zobaczymy jak bardzo jesteśmy jej niegodni. Nie wiem do czego ją porównać, ale myślę, że dar Bożego przebaczenia jest jak dar nowego serca, które biorca otrzymuje od dawcy. Życie za życie. Wobec takiego daru nie można pozostać obojętnym! Doświadczyć można tego w autentycznym spotkaniu z Bogiem, który taką miłością nas obdarowuje. Dlatego chrześcijaństwo jest religią spotkania. Do tego spotkania człowiek musi zostać doprowadzony.

Jak zachęcić człowieka, który nie zna Boga, albo ma Jego całkowicie wypaczony obraz, aby się z Nim spotkał? Jak dotrzeć do zagubionych i wprowadzić ich na drogę naśladowania Jezusa? Od czego zacząć pozyskiwanie uczniów? Od potępiania i srogiego wymachiwania kijem? Może od wmawiania, że Bóg gorszy się grzechem, obraża się i w przyszłości się zemści? Od spotkania z takim bogiem, gorszym niż człowiek, uciekałbym jak rączy jeleń z jelonkiem pod pachą.

Bóg kocha nas zawsze tak samo, bez względu na naszą kondycję moralną czy duchową. Zdaję sobie sprawę, że to prawda trudna do przyjęcia dla tych, którzy uważają się za sprawiedliwych, niezawodnych, zawsze wiernych. Zaskakujące jest tu jednak podobieństwo do faryzeuszy, których Jezus przecież miał odwagę ganić. Tacy ludzi pozornie (obłudnie) mówią o grzechu, ale zawsze o cudzym. Bardzo często są przekonani o swojej sprawiedliwości, za którą – choć głośno o tym nie mówią – oczekują nagrody. To postawa starszego syna z przypowieści o miłosiernym ojcu (Łk 15,11-32): „Oto tyle lat ci służę i nigdy nie przekroczyłem twojego rozkazu; ale mnie nie dałeś nigdy koźlęcia, żebym się zabawił z przyjaciółmi. Skoro jednak wrócił ten syn twój, który roztrwonił twój majątek z nierządnicami, kazałeś zabić dla niego utuczone cielę” (Łk 15, 29-30). Nie zgadzają się na taką „niesprawiedliwość” ze strony Boga. Dlatego protestują przeciwko formie głoszenia Ewangelii, którą obrał Rajewski czy Kramer, ponieważ uważają ją za epifanię bezbożności!

W książce „Zabawić się na śmierć” Neil Postman krytykuje prezentera wiadomości zapraszającego słuchaczy, żeby „jutro znów byli z [nimi]!” – po półgodzinnym serwisie pełnym morderstw i zamętu. Postman pyta: „Tylko po co?” (Neil Postman, „Zabawić się na śmierć. Dyskurs publiczny w epoce show-businessu”, Lech Niedzielski (tłum.), Muza S.A., Warszawa 2006, s. 130). Żeby wysłuchać kolejnych złych wiadomości? Dlaczego ludzie mieliby przyjść do kościoła albo do niego wracać, jeśli tydzień po tygodniu to doświadczenie nie wnosi nic do ich życia, a może ich wręcz potępia i obraża (agitacją polityczną, traktowaniem jak idiotów), straszy, wpędza w poczucie winy? Czy można ich winić za to, że zastępują kościół innymi rozrywkami?

Wiemy, czego chce od nas Bóg. Nie musimy czekać do dnia sądu. Bez obaw wprowadzajmy naukę Jezusa, który klarownie i wiele razy mówił i pokazywał, że nie przyszedł powoływać sprawiedliwych ale grzeszników. Zamiast być Kościołem, który wita i przyjmuje, trzymając drzwi otwarte, spróbujmy również być Kościołem, który znajduje nowe drogi, który potrafi wyjść z siebie i udać się do tych, którzy nie chodzą na msze, odeszli lub zobojętnieli (Franciszek). Bądźmy Kościołem, który wychodzi do tych, o których śpiewał, myśląc pewnie o sobie samym, Rysiek Riedel. Bądźmy ludźmi pełnymi cnoty miłości, a nie fałszywej cnoty pobożności i przekonania o swojej wyższości. Człowiek zaś bogaty w cnotę miłości innych przyciąga do Boga, a nie wysyła do diabła, ponieważ wie, że Bóg kocha wszystkich jednakowo.

Mówią o mnie w mieście: „Co z niego za typ?

Wciąż chodzi pijany, pewno nie wie co to wstyd

Brudny, niedomytek, w stajni ciągle śpi!

Czego szukasz w naszym mieście?

Idź do diabła” – mówią ludzie pełni cnót

Ludzie pełni cnót…

Nasza witryna używa plików cookies. Dowiedz się więcej:Polityka prywatności