Poza Pizzerią Nie Ma Zbawienia

Felieton został opublikowany na blogu Szymona Hołowni w marcu 2015 roku)

 

W weekend byłem w Londynie, gdzie kwestowałem na „Dobrą Fabrykę“ (próbujemy zapewnić wodę w naszym hospicjum w Rwandzie) i miałem spotkanie wokół „Hollyfood“.

Dzięki regularnym zaproszeniom płynącym od ks. Krzysztofa Ciebienia, proboszcza polskiej parafii na Devonii, objeździłem już przez ostatnich parę lat polski katolicki Londyn, tym razem byłem jednak w miejscu, które dopiero powstaje. A w zasadzie zmartwychwstaje po latach letargu. Dla mnie ta niedziela była jak wycieczka wehikułem czasu. Może tak samo będzie wyglądał Kościół u nas, w Polsce, np. za dwadzieścia lat?

Przede wszystkim wspólnota nie ma swojego kościoła. Wynajmuje na godziny kaplicę u księży oratorianów, którzy zawiadują wielkim kompleksem jednej z najbardziej znanych katolickich świątyń w Londynie, Brompton Oratory. Popytałem tu i ówdzie, o oratorianach z Brompton krążą legendy. Założyciel zgromadzenia, święty Filip Neri, miał pomysł, by ewangelizować bez konwenansów, radością – tutaj panują raczej klimaty z „Downton Abbey“, wchodzi się na teren angielskiej arystokracji.
Księża patronują supereksluzywnej szkole. Msza jest po łacinie, na podwórzu hieratyczne sylwetki kapłanów. Z zachwytem przyjąłem informację, że jak przystało na angielską klasę wyższą – podobno mają pieski! I podobno (w sutannach i biretach) wyprowadzają je do pobliskiego Hyde Parku! Widok z cyklu: zobaczyć to i już można umierać. 

Lokalizacja obłędna: superdroga dzielnica Kensington, rzut beretem od Harrodsa,
sto kroków od Muzeum Wiktorii i Alberta. No i ta kaplica (dawniej chór zakonny),
do której przed rozpoczęciem mszy trzeba wtoczyć schowany w zakrystii ołtarz oraz zainstalować tabernakulum, które po wieczornej Mszy znów trzeba będzie zdemontować. Ludzie zjeżdżający się z całego Londynu. Niektórzy z nich mają do Brompton dwie godziny drogi (a później dwie godziny wracają). Po mszy wspólna pizza (a tym razem pączki). Każdy, jak potrafi, próbuje pomóc: jakieś dzieciaki wraz z mamą, przed wejściem rozdają biuletyny parafialne i śpiewniki, ktoś inny czyta.
Jedni pomagają w zakrystii, inni liczą tacę, po Mszy kto może odwozi innych do domu.
I jeszcze jeden szczegół. W Polsce praktykuje się to nieśmiało w kilku znanych mi kościołach, tu jednak jest to norma: w procesji do komunii podchodzą też ci, którzy z różnych względów nie mogą jej przyjąć i proszą o błogosławieństwo. Kto przystępuje do komunii ma ręce złożone jak do modlitwy, pozostali mają ręce skrzyżowane na piersiach. Dziwne? A co w tym dziwnego? Wszyscy jesteśmy w drodze. Nie ma dwóch kategorii chrześcijan, wszyscy jesteśmy grzesznikami. Jednym prawo i sumienie pozwala komunikować, innym nie, ale wszystkim Bóg i wspólnota chcą życzyć dobrze i ich wesprzeć. Po to w końcu jest dom, by dawał człowiekowi siłę, przypominał że ma korzenie, że ma gdzie wracać, że jest miejsce, gdzie zawsze będzie kochany.
Podchodzenie po błogosławieństwo to nie żadna stygmatyzacja: idą po nie i ludzie żyjący w niesakramentalnych związkach i ci, co jeszcze komunii w ogóle
nie przyjmowali, i ci co po prostu nie byli zbyt długo u spowiedzi. Idę o zakład,
że rozpropagowanie tej praktyki w Polsce przyciągnęłoby do Kościoła setki, a może
i tysiące ludzi, którzy dziś czują się zeń wykluczeni. Zamiast im powtarzać, że się sami wykluczyli, zamiast robić im „terapię głodem“ (odstawimy was, to zatęsknicie, rzucicie wszystko i przyjdziecie), trzeba im przypominać, że grzech, nawet jeśli nie pozwala człowiekowi na komunię, nie odbiera mu przecież chrztu. Zamiast debatować wciąż o tym, czego grzesznikowi nie wolno, pokażmy jak wiele rzeczy mu wolno, jak wiele dobra wciąż może otrzymać. Bo to przecież nie nasze dobro, tylko Boga. A tylko On może człowiekowi dać siłę do tego, by się zmienił. A więc jeśli my będziemy racjonować innym grzesznikom Jego łaskę, staniemy się współodpowiedzialni za to, że tkwią w słabości,
to proste.

Mała, wciąż raczkująca wspólnota, w której Chrystus łączy starą i nową emigrację
(a to cud naprawdę pierwszej klasy), świętych i patentowanych grzeszników, dzieci które będą dobrymi Anglikami i ich rodziców, którzy będą ostatnim pokoleniem Polaków. Ten wysuwany i chowany ołtarz. Namacalne wręcz poczucie bliskości wzmacniane jeszcze sąsiedztwem Kościoła praktykującego (i dobrze, różnorodność w Kościele jest super) celebrację majestatu. I wielkie miasto, które tuż za ścianą w ogóle nie dostrzega przychodzącego Chrystusa, żyje swoim życiem.
Dziękuję za zaproszenie całej wspólnocie z Little Brompton, a zwłaszcza proboszczowi, księdzu Bartkowi Rajewskiemu, bo dzięki nim po raz kolejny uświadomiłem sobie, że Kościół to nie wspólnota dusz, oświeconych umysłów, albo wykonywanych praktyk religijnych. Nie będzie Kościoła, jeśli nie będzie więzi między LUDŹMI, realnej, a nie symbolicznej, ograniczającej się do przekazania sobie znaku pokoju.

Jeśli będziemy się wspierać, błogosławić sobie, modlić się za siebie (a nie obok siebie), razem jeść pizzę i pączki, Pan Bóg zrobi resztę. Nawet jeśli odsetek katolików
w Polsce spadnie z obecnych 60 proc. (ja pamiętam jeszcze czasy, gdy było to ponad 80. proc.) do 10 proc, gdy przyjdzie nam się znów odprawiać mszę po domach, a cały świat wokół będzie pukał się w głowę. My nadal będziemy wierzyć, że wszystko będzie dobrze.
Bo będzie dobrze. W końcu Jezus nie obiecywał nam katedr, a zbawienie.

Nasza witryna używa plików cookies. Dowiedz się więcej:Polityka prywatności